poniedziałek, 23 grudnia 2013

Chyba musiałam doczekać się takich świąt jak te tegoroczne żeby uświadomić sobie jak bardzo myliłam się, twierdząc, że nie czuję poprzednich.. A to było we mnie. Tylko po prostu różne dziwne sprawy przyćmiewały tę całą radość i szczęście. Teraz jest inaczej. Chcę się cieszyć, ale jednak..
"Last Christmas" jest, choinka na dole już ubrana, prezenty kupione, ubrania przygotowane. Powoli do mnie dochodzi, że dwudzieste święta będą się baaaardzo różniły od poprzednich dziewiętnastych.
Tak jak zawsze na czas przedświątecznych przygotowań miałam ochotę się ulotnić, to teraz dałabym wiele by tam być :) by męczyć się ze zdobieniem ciasta, chować się przed mamą by trochę nic nie robić, targać zakupy z Kaufa z tatą i pomagać mu z wymyślaniem prezentów, ganić Kaśkę za podjadanie lukru z ciastek, odwalać z Anką.
Aaaaaaaale już za 19 dni.. 'I'm coming home" ! Odliczamy z niecierpliwością!
Tymczasem powoli zmierzam spać. Jutro jeszcze praca na 7
Także.. Wesołych Świąt!
Czy coś..

czwartek, 10 października 2013

mały paradoks

Polega on na tym, że to jeden z najlepszych, najciekawszych, najszczęśliwszych, a zarazem pełen tęsknoty, rozczarowania, stresu i presji okres mojego życia. Nie jestem w pełni szczęśliwa, ale zmierzam powoli ku temu, bo nadal większość rzeczy mamy pod górkę. Trochę inaczej miało to wyglądać. No, ale..
Te lepsze czasy muszą chyba w końcu nadejść
Znalazłam 30p dzisiaj! Hah!

wtorek, 8 października 2013

strach ma wielkie oczy

Tak bardzo boję się jutra.. Ehh... Trzeba wstać o 4, ale czuję że szybko to ja dziś nie zasnę. Próbuję powtarzać sobie, że jakoś to będzie i dam radę. Jednak w głębi serca...
Tam chowają się wszystkie moje obawy. Można powiedzieć, że się tam nieźle rozgościły.
Ledwo pożegnałam się z Ł. a już mi go brakuje. Może to i głupie, ale jest dla mnie jak drugi Anioł Stróż- z nim nie boję się niczego, mogę iść wszędzie i o każdej porze.
Bez niego czuję się zagubiona
Dzisiaj karmiliśmy wiewiórki  i kaczki. Było przy tym trochę śmiechu. I kupiliśmy spodnie i koszulki i zrobiliśmy dobry obiad. I już tęsknie za takimi dniami jak dzisiaj, bo wiem że teraz trochę będziemy musieli na nie poczekać

poniedziałek, 7 października 2013

siedzę tu, siedzieć (nie) chcę

Siedzę tu nadal. Dalej mało potrzebna, a jedynie zawracająca głowę. Dom się o mnie upomina żebym robiła to samo tyle, że w Polsce. Tęsknie cholernie, ale to wiadomo nie od dziś. A to dopiero październik...
Tydzień temu się przeprowadziliśmy. Jest lepiej, bo mamy więcej swobody i pokój jest cały nasz także wzrosła również prywatność. Obok mamy spory park, który bardzo mi się podoba. a w parku wiewiórki, siłownia na powietrzu, place zabaw dla dzieciaków. Ogólnie bardzo przyjemnie. Czasami jak Ł wraca po 7 z pracy to idziemy trochę poćwiczyć. Jest też deptak, na którym rozkładają się ciapaki prawie jak w Mk na rynku. Znajdziesz dosłownie wszystko za grosze. Mamy swoją pościel, dziś dokupiliśmy poduszki. Ogromną białą szafę wraz z komodą i lustra na niej, co mnie bardzo cieszy, bo w końcu przed wyjście mogę się cała przejrzeć.
 Zobaczymy jak nam tu będzie
Wczoraj bardzo miła niedziela z rodzinką Ł. Najpierw wspinaliśmy się na obserwatorium Greenwich, a potem spacer na kolejkę. Widoki z niej niesamowite! Jechaliśmy nią może z 15 minut, ale mi zleciało jak 5! A potem do centrum i na King's Cross do nowego parku, który jest jeszcze w fazie budowy. Przepiękne fontanny i samo miejsce. Jak skończą będzie jeszcze piękniej. Mamy już kolejną miejscówkę na picie winka wieczorem w plenerze

poniedziałek, 23 września 2013

nasz dzień

Czekam z utęsknieniem na te wieczory przy gorącej herbacie i jakiejś dobrej muzyce, które będą tylko nasze. Czekam aż to wszystko się poukłada, choć specjalnie się na to nie zanosi. Ale ja wierzę..
Kiedy to będziemy się dobrze czuli tam gdzie będziemy, a ja nie będę musiała się z Tobą żegnać zasypiając samotnie.
Jednak na razie muszę się zadowolić tymi jednorazowymi wypadami do centrum, które są przecież wspaniałe, ale o wiele za szybko mijają. Ostatni piątek znowu nad Tamizą, po serii małych niepowodzeń w postaci zgubienia przez Ciebie teczki z dokumentami i nieprzyjęcia mnie do pracy. I tak było fajnie! Bilety całodniowe to dobra rzecz! Najpierw Old Street i szukanie muzea, którego nigdzie nie było, potem przepyszne ciastka z białą czekoladą, London Bridge i przesympatyczny Anglik, którego dziewczyna uczyła polskich "brzydkich" słów, w przekonaniu, że są "ładne", następnie Tamiza, Piccadilly Circus i ten ogromny telebim, który już daaawno chciałeś mi pokazać (że też nie zrobiłam zdjęcia! ;/), i M&M's World, którego zapach po 10 minutach przyprawiał mnie o ból głowy i znów Tamiza a raczej park naprzeciwko niej i "butelczyna" owocowego wina. Wracamy mega zmęczeni, ale za to z jaką radością w sercach!
A potem już sam na sam.
I z marzeniem o następnym takim wypadzie

poniedziałek, 16 września 2013

czekam..

Ciągnie się ten czas niemiłosiernie. Wrzesień jest straszny pod tym względem. Może to i racja, że to dlatego, że ciągle na coś czekam. Czekam na Ł. czekam na NIN, czekam na pracę (chociaż zdaje sobie sprawę, że sama nie przyjdzie), czekam na pokój i na spokój i na spotkanie z bliskimi. Czekam aż w końcu to wszystko się unormuje i zacznie jakoś wyglądać.
Sobota była wspaniała. Kocham siedzieć nad Tamizą, która poniekąd zastępuje mi Nogat, popijać czerwone wino i rozmawiać z Ł. o jakichś pierdołach. Staramy jakoś wzajemnie się ogrzać, bo tu już jesień rozpoczęła się na dobre.
Kilka godzin zapomnienia, że nie jest zbyt różowo i jeszcze przez chwile nie będzie.

wtorek, 10 września 2013

nie taki wtorek zły jak zazwyczaj go maluję..

Pewnie za bardzo się na to nastawiam czy coś, ale ogólnie wtorki są dla mnie przeważnie jakieś takie pechowe. Nie wiem dokładnie jak to wytłumaczyć. Coś jakby "jeszcze noc się wokół tli, a już wiem, że dzień jest zły".
Ale są też wyjątki. Dobry dzień dzisiaj. Dobry wtorek. Dobre schabowe, dobre Magic Starsy, dobre zakupy, mily pan kasjer i fantastycznie spędzony czas z Ł. W końcu! Kupiłam sobie wreszcie czerwony lakier do paznokci!! Szukałam go jakiś czas aż w końcu Ł go wypatrzył. Tylko, że... jest matowy. Ale co tam!
Czekamy na piątek.
Zrobiło się jakoś tak niemiło..
Ale damy radę

niedziela, 8 września 2013

ale za to niedziela, niedziela będzie dla nas!

Ta niedziela w zasadzie nie do końca była dla nas, ale następna mam nadzieję, że będzie.
Dzisiaj jakieś 5 kg mniej. I nie mam tutaj na myśli utraty wagi, chociaż takowa również by się przydała. Chodzi mi o ulgę 'na duszy'. Cieszę się, że to się dziś udało i że ten dzień nie był jednym z tych straconych, bo takie ostatnio miewam bardzo często. Chociaż może nie od razu 'stracony' ale... mało wnoszący do mojego życia.
Z jednej strony ta ulga, a z drugiej znajome już uczucie przeszkadzania. Bo niewątpliwie komuś tu przeszkadzam. Teraz i wcześniej też. Tyle rzeczy się zmieniło odkąd wyjechałam.. Ah. Nie wiem sama. Nie lubię się narzucać. Po prostu nie lubię.

piątek, 6 września 2013

taki piątek z dupy wzięty

Wychodzę dziś na dłuższy spacer, a jednocześnie na poszukiwania pracy. Ulubione kawałki na słuchawkach i jakoś pokonuję te kilometry, bo droga daleka. Jakiś kierowca ustępuje mi miejsca na przejściu, co mnie trochę dziwi, gdyż wyglądam tak samo beznadziejnie jak się czuję. Pogoda zaczyna nie sprzyjać i w końcu dopada mnie mżawka, która w mgnieniu oka zamienia się w ulewę. Szukam jakiegoś schronienia i znajduję przystanek autobusowy. Docieram tam wprawdzie trochę zmoczona, ale z myślą, że już nie będę bardziej. Myślę, że gdybym paliła to w tamtym momencie bym sobie tego nie żałowała. Przyjeżdża jeden autobus za drugim, ale żaden nie jest mój.
Ja nadal nie mam swojego autobusu

czwartek, 5 września 2013

jakos tak

Pewnie znacie to uczucie bycia piątym kołem u wozu? ja od wczoraj znam je aż za dobrze. tak właściwie to jestem szóstym. i tak sobie teraz myślę, że spory ten mój wóz... Potrafi być dosadny i bezpośredni, ale robi to z niezłą precyzją.
Gdzie jest moje miejsce na świecie do cholery? Gdzie i w jaki sposób mam go szukać? Straciłam je dwa  miesiące temu i od tego czasu cholernie się miotam. Potrzebna mi jakaś stabilizacja i pewne jutro.
Mamo. tato, tak bardzo bym chciała żebyście kiedyś byli ze mnie dumni. Tak naprawdę dumni.

poniedziałek, 2 września 2013

miód na duszę

Ponad godzinna rozmowa z mamą ma dla mnie zbawienne znaczenie, jak się okazuje. Wydaje mi się, że trochę uspokoiła moje zszargane i niespokojne myśli. Nawet nie musiała mówić nic nadzwyczajnego, po prostu dobrze ją słyszeć i zobaczyć.Oj nawet nie wie jak mi pomogła.
Jutro ważny dzień, może w końcu coś się ruszy. Chciałabym żeby się ruszyło, bo czuję się trochu niepotrzebna.. Ł jest na wyczerpaniu po nockach, a ja nie mam pojęcia jak mu pomóc, jakoś pocieszyć, wesprzeć.. Staram się, ale co ja mogę. Mogę jedynie ruszyć cztery litery i też coś znaleźć, więc taki na razie jest plan. A kolejny podpunkt w planie? Dalej marzyć.
"Jak człowiek nie marzy, umiera".

niedziela, 1 września 2013

Zaraz..

Jaki to dzis dzien? A tak, to niedziela. Od kilku dni kazdy jest bardzo podobny do poprzedniego, wiec musze sie chwile zastanowic. Rano 'czesc' i buziak, wstajemy popoludniu, szybki obiad, doslownie chwila razem i juz wychodzimy. Mijamy swiatla, jedne drugie, buziak i juz znikasz w pustym autobusie zastepujacym metro. Ja wracam do pokoju gdzie jeszcze czuje zapach Twoich perfum. Wracaja tez czarne mysli, ktorych wcale nie zamawialam. Nawet nie wiem skad sie biora, bo przy Tobie 'trzymanie sie' idzie mi calkiem niezle. Powtarzam sobie, ze przeciez ogolnie to wcale nie jest tak zle jak sie moze wydawac i ze to tylko chwilowe.
Takich niedziel jak ta dzisiaj nie lubie. Musze isc po szybkie zakupy, mijam wielu ludzi po drodze i zastanawiam sie co moze byc tak wazne od niedzielnego odpoczynku gdzies w parku ze znajomymi czy za miastem lub po prostu w domu.
A oni biegna. Biegna niewiadomo gdzie i po co. Tu kazdy dzien taki. Kazdy sie gdzies spieszy, dokads pedzi. I tylko slychac 'sorry' jesli przypadkiem zachaczy Cie torba. Ale zeby niedziela nie roznila sie niczym innym od pozostalych dni tygodnia? Nie pasuje mi to. Wrecz zle sie z tym czuje. Mam wrazenie, ze jakis cykl po prostu jest zaburzony, ze cos jest nie tak jak byc powinno. W moim poprzednim 'swiecie' kazda niedziela byla jak.. swieto. Owszem, czasami balam sie jej, bo np. zbyt pozno wrocilam do domu i rodzice mogli sie o to wkurzac. Ale koniec koncow niedziela w moich oczach  to sloneczny cieply dzien, z rodzinnym obiadem po godzinie 14 i spacerem nad Nogat.
Kurcze, dlaczego dopiero teraz zauwazam, ze tak bardzo je lubilam. Dlaczego nie mozna doceniac czegos jak sie to ma a nie dopiero gdy sie straci?
Najgorsze, ze ja dzisiaj tez bieglam. Ale mimo to, bardzo nie chce przywyknac do tych londynskich niedziel. Nie chce sie w to wtopic.

sobota, 31 sierpnia 2013

a tu zaraz niedziela

Mam jeszcze chwile zanim oddam sie w rece Morfeusza na kilka dobrych godzin. Swoja droga myslalam, ze spiac do 13 godziny, teraz bede w miare wypoczeta. A tu juz grubo po 23, a ja jednak spiaca. Moze to za sprawa babysittingu? Dzisiaj mialam swoj pierwszy i pewnie nie ostatni w zyciu. Stos rzeczy do wyprasowania (prawie jak calej mojej szescioosobowej rodzinki) i dwie szalone prawie juz nastolatki. Dzieki Bogu, ze telewizja wciagnela je na tyle, ze nie musialam ich ogarniac i przywolywac do porzadku. 'You must be very strict for them!'. Chcialo mi sie powiedziec ''kobieto, ja nawet nie potrafie porzadnie nakrzyczec na moja siostre kiedy cos broi, a co dopiero na obce dzieci, prawie nastolatki!''.
Swoja droga stwierdzam, ze niektore dzieci maja w tym kraju jak w raju. Te z dzisiaj na pewno. Wielka kolorowa chata, ogromne lozka, ogolnie bardzo przytulny domek. Kuchania oblozona slodyczami i owocami, w pokoju mnostwo gier i filmow. ''Takie to sie tu nie nudza'' pomyslalam. A potem pomyslalam o moim dziecinstwie, ktore troche sie roznilo. Ale nastepna mysl.. Kurcze, przeciez bylo super! Nawet bez komputera czy seriali jakie teraz nagrywaja dla dzieciakow ze smiechem w tle, ktorego tak naprawde nikt nie czai. No a myslac o dziecinstwie znowu chcac nie chcac zatesknilo mi sie za domem..
Dzis sobota. Co robilabym o tej porze w domu?
Moze jakis mecz z tata, albo serial z K, albo po prostu siedzenie u A w pokoju i palenie glupa. Babcia powoli gasi swiatlo i kladzie sie spac, a ja uderzam do kuchni po jeszcze jeden kawalek ciasta, ktore zrobilam kilka godzin temu. Mama juz raczej spi, bo jest zmeczona, ona w sobote nigdy sie nie nudzi i zawsze znajdzie sobie jakies zajecie. Barcelona znowu wygrywa. Robi sie pozno.
Zegnam sie ostatnim smsem z L, zegnam sie z tata i dziewczynami i ide do swojego pokoju, starajac sie jak najciszej zamknac za soba drzwi.

piątek, 30 sierpnia 2013

No, ale...

wakacje nie moga przeciez trwac w nieskonczonosc. Za mna juz kilka rozmow, kilka niemilych momentow, kiedy slyszysz, ze ktos kieruje do Ciebie pytanie, a Ty ni huhu nie ogarniasz jaka mogla byc jego tresc. Zanim tu przyjechalam nie nalezalam ani do odwaznych, ani do towarzyskich, ani otwartych ludzi. Zwykle chowalam sie za grzywka i przekonywalam siebie w duchu, ze przeciez mam swoje zdanie, wiec dlaczego tak trudno jest je powiedziec. Co innego w gronie przyjaciol oczywiscie. Jednak do dzis A. wypomina mi jak to wstydzilam sie isc cos kupic do sklepu, a L. ze zawsze to on dzwoni po pizze. Dzis wydaje mi sie, ze bylambym troche pewniejsza siebie, gdybym tylko mogla wszystko zalatwic po polsku. Moze to naiwne myslenie, moze tylko mi sie wydaje, ze tak by bylo. Jednak tu wszystko wyglada inaczej. Kiedy ide do sklepu 5 razy zastanawiam sie co powiedziec, czy aby na pewno znam wszystkie slowka i czy sprzedawca skuma o co mi chodzi. Straszne. Nie lubie kiedy musze sie powtarzac, choc wiem, ze czasami niewyraznie mowe. Taki ot paradoks.
Dwa razy zadano mi dzis pytanie czy chce wrocic do Polski. Owszem, z jednej strony chce. Tesknota wkrada sie do moich mysli kilkanascie razy na dzien, czasem jej owocem jest jakas mala lezka paletajaca sie gdzies w kaciku oka. Czasem jest tak, ze widzac jakas kobiete w parku czy na ulicy, widze moja mame i to jest chyba najgorsze. Najstraszniejsza rzecza w tym wszystkim wcale nie jest to, ze jej tu ze mna nie ma, ale to, ze jest tak daleko. I pomyslec, ze mam 20 lat... Troche mi wstyd jak sobie to uswiadamiam, ale nie moge tego opanowac.
Z drugiej strony jak na razie w Polsce nie widze dla siebie miejsca. Nie chce isc na byle jakie studia, wybrane pod wplywem chwili. Tak zrobilam juz raz i nie byla to najtrafniejsza decyzja. Zreszta przyniosla ona wiele zlego i bardzo bym chciala cofnac czas i zawrocic.
Z trzeciej zas strony, chyba najwazniejszej, nie chce tam wracac bez L, a wiem, ze tak by byc musialo.

Tak wiec ''nie mow mi, ze chciec to moc''.

Dobranoc

czwartek, 29 sierpnia 2013

i tak, o..

Wczoraj minęły dwa miesiące odkąd jestem tutaj. 'Tutaj' czyt. w Londynie. Musze przyznać, że pierwsze dni były nie do końca takie jak sobie wyobrażałam. Nawet śmiałam się do mojego Ł że czuję się jak w Simsach. Pełno obcych różnych ludzi, mówiących jakimś dziwnym językiem, który ma być angielskim, ale bardzo odbiega od tego angielskiego, który wpajali mi w szkole czy potem na studiach. Myślałam, że coś ogarniam, a tymczasem ogarniam bardzo mało. Tak się zastanawiam co ja tam wgl robiłam, ale mniejsza o to. Londyn nawet da się lubić. pod warunkiem, że się trochę do niego przyzwyczaisz i ogarniesz ten szok zaraz po przyjeździe. Kiedy pierwszego dnia na lotnisku zobaczyłam, że nieźle pada i przywitała nas typowo londyńska pogoda to naszła mnie, może odrobinę naiwna myśl, że to na szczęście. Jak na razie minęły dwa miesiące i mogę je zaliczyć do wspaniałych wakacji. Byliśmy pod Big Benem, byliśmy nad Tamizą, przed pałacem Buckingham i w muzeach i w parkach i tu i tam i fajnie jest, fajnie było, ale nie wiem co będzie. To największa zagadka, a jednocześnie najbardziej mnie nurtująca. Ale jeśli nie tu to gdzie nam się uda? Uda nam się wgl? Czuję, że musi, bo kurcze.. jestem z nim naprawdę szczęśliwa. Myślałam, że będzie miedzy nami sporo kłótni, skoro będziemy widzieć się dzień w dzień i to jeszcze non-stop z powodu braku pracy. A jednak nie. Trochę się bałam, że będzie dla mnie jedyną jedną najbliższą osobą w tym dalekim świecie i, że w pewnych momentach będzie to dla mnie troszkę za mało, ale zawsze kiedy cholernie mi się zatęskni czy to za domem, czy to za przyjaciółmi, to ON jest obok i wystarczy, że mocno mnie do siebie przytuli, a już mi lepiej. Wiem, że to rozumie jak mało kto.