poniedziałek, 23 września 2013

nasz dzień

Czekam z utęsknieniem na te wieczory przy gorącej herbacie i jakiejś dobrej muzyce, które będą tylko nasze. Czekam aż to wszystko się poukłada, choć specjalnie się na to nie zanosi. Ale ja wierzę..
Kiedy to będziemy się dobrze czuli tam gdzie będziemy, a ja nie będę musiała się z Tobą żegnać zasypiając samotnie.
Jednak na razie muszę się zadowolić tymi jednorazowymi wypadami do centrum, które są przecież wspaniałe, ale o wiele za szybko mijają. Ostatni piątek znowu nad Tamizą, po serii małych niepowodzeń w postaci zgubienia przez Ciebie teczki z dokumentami i nieprzyjęcia mnie do pracy. I tak było fajnie! Bilety całodniowe to dobra rzecz! Najpierw Old Street i szukanie muzea, którego nigdzie nie było, potem przepyszne ciastka z białą czekoladą, London Bridge i przesympatyczny Anglik, którego dziewczyna uczyła polskich "brzydkich" słów, w przekonaniu, że są "ładne", następnie Tamiza, Piccadilly Circus i ten ogromny telebim, który już daaawno chciałeś mi pokazać (że też nie zrobiłam zdjęcia! ;/), i M&M's World, którego zapach po 10 minutach przyprawiał mnie o ból głowy i znów Tamiza a raczej park naprzeciwko niej i "butelczyna" owocowego wina. Wracamy mega zmęczeni, ale za to z jaką radością w sercach!
A potem już sam na sam.
I z marzeniem o następnym takim wypadzie

poniedziałek, 16 września 2013

czekam..

Ciągnie się ten czas niemiłosiernie. Wrzesień jest straszny pod tym względem. Może to i racja, że to dlatego, że ciągle na coś czekam. Czekam na Ł. czekam na NIN, czekam na pracę (chociaż zdaje sobie sprawę, że sama nie przyjdzie), czekam na pokój i na spokój i na spotkanie z bliskimi. Czekam aż w końcu to wszystko się unormuje i zacznie jakoś wyglądać.
Sobota była wspaniała. Kocham siedzieć nad Tamizą, która poniekąd zastępuje mi Nogat, popijać czerwone wino i rozmawiać z Ł. o jakichś pierdołach. Staramy jakoś wzajemnie się ogrzać, bo tu już jesień rozpoczęła się na dobre.
Kilka godzin zapomnienia, że nie jest zbyt różowo i jeszcze przez chwile nie będzie.

wtorek, 10 września 2013

nie taki wtorek zły jak zazwyczaj go maluję..

Pewnie za bardzo się na to nastawiam czy coś, ale ogólnie wtorki są dla mnie przeważnie jakieś takie pechowe. Nie wiem dokładnie jak to wytłumaczyć. Coś jakby "jeszcze noc się wokół tli, a już wiem, że dzień jest zły".
Ale są też wyjątki. Dobry dzień dzisiaj. Dobry wtorek. Dobre schabowe, dobre Magic Starsy, dobre zakupy, mily pan kasjer i fantastycznie spędzony czas z Ł. W końcu! Kupiłam sobie wreszcie czerwony lakier do paznokci!! Szukałam go jakiś czas aż w końcu Ł go wypatrzył. Tylko, że... jest matowy. Ale co tam!
Czekamy na piątek.
Zrobiło się jakoś tak niemiło..
Ale damy radę

niedziela, 8 września 2013

ale za to niedziela, niedziela będzie dla nas!

Ta niedziela w zasadzie nie do końca była dla nas, ale następna mam nadzieję, że będzie.
Dzisiaj jakieś 5 kg mniej. I nie mam tutaj na myśli utraty wagi, chociaż takowa również by się przydała. Chodzi mi o ulgę 'na duszy'. Cieszę się, że to się dziś udało i że ten dzień nie był jednym z tych straconych, bo takie ostatnio miewam bardzo często. Chociaż może nie od razu 'stracony' ale... mało wnoszący do mojego życia.
Z jednej strony ta ulga, a z drugiej znajome już uczucie przeszkadzania. Bo niewątpliwie komuś tu przeszkadzam. Teraz i wcześniej też. Tyle rzeczy się zmieniło odkąd wyjechałam.. Ah. Nie wiem sama. Nie lubię się narzucać. Po prostu nie lubię.

piątek, 6 września 2013

taki piątek z dupy wzięty

Wychodzę dziś na dłuższy spacer, a jednocześnie na poszukiwania pracy. Ulubione kawałki na słuchawkach i jakoś pokonuję te kilometry, bo droga daleka. Jakiś kierowca ustępuje mi miejsca na przejściu, co mnie trochę dziwi, gdyż wyglądam tak samo beznadziejnie jak się czuję. Pogoda zaczyna nie sprzyjać i w końcu dopada mnie mżawka, która w mgnieniu oka zamienia się w ulewę. Szukam jakiegoś schronienia i znajduję przystanek autobusowy. Docieram tam wprawdzie trochę zmoczona, ale z myślą, że już nie będę bardziej. Myślę, że gdybym paliła to w tamtym momencie bym sobie tego nie żałowała. Przyjeżdża jeden autobus za drugim, ale żaden nie jest mój.
Ja nadal nie mam swojego autobusu

czwartek, 5 września 2013

jakos tak

Pewnie znacie to uczucie bycia piątym kołem u wozu? ja od wczoraj znam je aż za dobrze. tak właściwie to jestem szóstym. i tak sobie teraz myślę, że spory ten mój wóz... Potrafi być dosadny i bezpośredni, ale robi to z niezłą precyzją.
Gdzie jest moje miejsce na świecie do cholery? Gdzie i w jaki sposób mam go szukać? Straciłam je dwa  miesiące temu i od tego czasu cholernie się miotam. Potrzebna mi jakaś stabilizacja i pewne jutro.
Mamo. tato, tak bardzo bym chciała żebyście kiedyś byli ze mnie dumni. Tak naprawdę dumni.

poniedziałek, 2 września 2013

miód na duszę

Ponad godzinna rozmowa z mamą ma dla mnie zbawienne znaczenie, jak się okazuje. Wydaje mi się, że trochę uspokoiła moje zszargane i niespokojne myśli. Nawet nie musiała mówić nic nadzwyczajnego, po prostu dobrze ją słyszeć i zobaczyć.Oj nawet nie wie jak mi pomogła.
Jutro ważny dzień, może w końcu coś się ruszy. Chciałabym żeby się ruszyło, bo czuję się trochu niepotrzebna.. Ł jest na wyczerpaniu po nockach, a ja nie mam pojęcia jak mu pomóc, jakoś pocieszyć, wesprzeć.. Staram się, ale co ja mogę. Mogę jedynie ruszyć cztery litery i też coś znaleźć, więc taki na razie jest plan. A kolejny podpunkt w planie? Dalej marzyć.
"Jak człowiek nie marzy, umiera".

niedziela, 1 września 2013

Zaraz..

Jaki to dzis dzien? A tak, to niedziela. Od kilku dni kazdy jest bardzo podobny do poprzedniego, wiec musze sie chwile zastanowic. Rano 'czesc' i buziak, wstajemy popoludniu, szybki obiad, doslownie chwila razem i juz wychodzimy. Mijamy swiatla, jedne drugie, buziak i juz znikasz w pustym autobusie zastepujacym metro. Ja wracam do pokoju gdzie jeszcze czuje zapach Twoich perfum. Wracaja tez czarne mysli, ktorych wcale nie zamawialam. Nawet nie wiem skad sie biora, bo przy Tobie 'trzymanie sie' idzie mi calkiem niezle. Powtarzam sobie, ze przeciez ogolnie to wcale nie jest tak zle jak sie moze wydawac i ze to tylko chwilowe.
Takich niedziel jak ta dzisiaj nie lubie. Musze isc po szybkie zakupy, mijam wielu ludzi po drodze i zastanawiam sie co moze byc tak wazne od niedzielnego odpoczynku gdzies w parku ze znajomymi czy za miastem lub po prostu w domu.
A oni biegna. Biegna niewiadomo gdzie i po co. Tu kazdy dzien taki. Kazdy sie gdzies spieszy, dokads pedzi. I tylko slychac 'sorry' jesli przypadkiem zachaczy Cie torba. Ale zeby niedziela nie roznila sie niczym innym od pozostalych dni tygodnia? Nie pasuje mi to. Wrecz zle sie z tym czuje. Mam wrazenie, ze jakis cykl po prostu jest zaburzony, ze cos jest nie tak jak byc powinno. W moim poprzednim 'swiecie' kazda niedziela byla jak.. swieto. Owszem, czasami balam sie jej, bo np. zbyt pozno wrocilam do domu i rodzice mogli sie o to wkurzac. Ale koniec koncow niedziela w moich oczach  to sloneczny cieply dzien, z rodzinnym obiadem po godzinie 14 i spacerem nad Nogat.
Kurcze, dlaczego dopiero teraz zauwazam, ze tak bardzo je lubilam. Dlaczego nie mozna doceniac czegos jak sie to ma a nie dopiero gdy sie straci?
Najgorsze, ze ja dzisiaj tez bieglam. Ale mimo to, bardzo nie chce przywyknac do tych londynskich niedziel. Nie chce sie w to wtopic.