czwartek, 29 sierpnia 2013
i tak, o..
Wczoraj minęły dwa miesiące odkąd jestem tutaj. 'Tutaj' czyt. w Londynie. Musze przyznać, że pierwsze dni były nie do końca takie jak sobie wyobrażałam. Nawet śmiałam się do mojego Ł że czuję się jak w Simsach. Pełno obcych różnych ludzi, mówiących jakimś dziwnym językiem, który ma być angielskim, ale bardzo odbiega od tego angielskiego, który wpajali mi w szkole czy potem na studiach. Myślałam, że coś ogarniam, a tymczasem ogarniam bardzo mało. Tak się zastanawiam co ja tam wgl robiłam, ale mniejsza o to. Londyn nawet da się lubić. pod warunkiem, że się trochę do niego przyzwyczaisz i ogarniesz ten szok zaraz po przyjeździe. Kiedy pierwszego dnia na lotnisku zobaczyłam, że nieźle pada i przywitała nas typowo londyńska pogoda to naszła mnie, może odrobinę naiwna myśl, że to na szczęście. Jak na razie minęły dwa miesiące i mogę je zaliczyć do wspaniałych wakacji. Byliśmy pod Big Benem, byliśmy nad Tamizą, przed pałacem Buckingham i w muzeach i w parkach i tu i tam i fajnie jest, fajnie było, ale nie wiem co będzie. To największa zagadka, a jednocześnie najbardziej mnie nurtująca. Ale jeśli nie tu to gdzie nam się uda? Uda nam się wgl? Czuję, że musi, bo kurcze.. jestem z nim naprawdę szczęśliwa. Myślałam, że będzie miedzy nami sporo kłótni, skoro będziemy widzieć się dzień w dzień i to jeszcze non-stop z powodu braku pracy. A jednak nie. Trochę się bałam, że będzie dla mnie jedyną jedną najbliższą osobą w tym dalekim świecie i, że w pewnych momentach będzie to dla mnie troszkę za mało, ale zawsze kiedy cholernie mi się zatęskni czy to za domem, czy to za przyjaciółmi, to ON jest obok i wystarczy, że mocno mnie do siebie przytuli, a już mi lepiej. Wiem, że to rozumie jak mało kto.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Nowe komentarze są niedozwolone.